wtorek, 29 maja 2012

Przepis na obiad dla niewielkiej dzieciny i jej rodziny, czyli makaron z cukinią w sosie jogurtowo-pietruszkowym oraz ... Siedmiomilowe buty Elkowe

Upodobało sobie dziewczę niewielkie buty wielkie ojca swego. Namiętnie je ubiera i się w nich przechadza, mimo że przeszkadza trochę stopom Elki ich rozmiar wielki - but o rozmiarze 22 żaden ciężar ma, ale ten w rozmiarze 48 waży już trochę więcej. Ponadto stopy Elki choć do butów Tatyelki bez problemu się wsuwają, niestety równie gładko z nich wypadają, co generuje pewne problemy, gdy dziewczyna chce ruszyć z miejsca. Za owe gładkie wkładanie i wypadanie stóp Elkowych odpowiadają wielkie otwory w owych siedmiomilowych butach (o robieniu w nich kilometrów nie ma mowy, buty choć wyglądają na siedmiomilowe, w praktyce są dla Elki jedynie centymetrowe). Ciężkie buciory i ich wielkie otwory sprawiają, że spacerowanie w nich jest dla dzieciny lekuchno męczące. Z Elki jednak jest stworzenie myślące, które, by zapobiec upierdliwemu spadaniu, opracowało technikę poruszania, działającą na zasadzie przesuwania stóp bez ich odrywania od podłoża.



Eksperymenty dziecia z butami to chwila dla mamy (w chwili to której matka -  zagotuje wodę na makaron, obierze cukinię, wrzuci makaron na wrzątek, cukinię na patelnię, przemiesza makaron, przemiesza cukinię, zrobi sosik, posieka pietruszkę, zetrze serek, nakryje do stołu ... siądzie w fotelu, wypije kawę ... tjaaaa ... za dobrze by było, gdyby się ze wszystkim zdążyło ;)).

Makaron z cukinią w sosie jogurtowo-pietruszkowym

6 cukinii
250 g makaronu o ulubionym kształcie (u nas był orkiszowy)
2 duże żąbki czosnku
1 łyżeczka miodu
3 łyżki masła
1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
1 niepełna łyżeczka soli
3 garście posiekanej zielonej pietruszki
1 łyżka soku z cytryny
1 duży jogurt (500 ml)
8 łyżek startego żółtego sera

Przygotowanie

Cukinię obieramy i kroimy na plasterki, następnie dusimy ją na maśle razem ze zmiażdżonymi ząbkami czosnku do momentu aż zupełnie zmięknie.

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

W międzyczasie przygotowujemy sos jogurtowy. Do jogurtu dodajemy sól, miód, paprykę, sok z cytryny oraz pietruszkę. Całość dokładnie mieszamy.

Do ugotowanego i odcedzonego makaronu dodajemy sos i cukinię. Posypujemy serem.

Smacznego!




środa, 16 maja 2012

Przepis na babeczki - majonezową i czekoEladową oraz ... Odpowiedzi

Mamaelki odpowiadać będzie krótko i zwięzłowato, bo nie jest typem gawędzącym (jest typem raczej milczącym) i czasem tylko, po kilku lampkach wina, zdarza jej się wpadać w słowotok, który trwa trochę dłużej niż chwilę (dla mnie pora zbyt wczesna na drinkowanie, więc odpowiedzi będą zesencjalizowane).



Kobieta z drugiej strony lustra

Czy kiedy byłaś w ciąży miałaś jakąś alternatywę imienia - dla chłopca?

Franek. Tak nazywałaby się Ela, gdyby okazało się, że jest chłopcem.

Wymień proszę trzy składniki jakich nie używasz w swojej kuchni - bo nie lubisz :)

Margaryna, oliwki i ... biedna poczciwa brukselka.

Który z cudów świata chciałabyś najbardziej pokazać Elce - i dlaczego?

Chciałabym jej pokazać wszystko, co jest warte pokazania - bez wyjątków.

Jakie książki najbardziej lubisz?

To tak jakbyś mnie spytała Kobieto, jakie jedzenie najbardziej lubię :). A ja lubię dobre jedzenie, podobnie jest z książkami. Ostatnio mam wielki apetyt na "Historię życia prywatnego". Posmakowałam u znajomych i bardzo chcę pochłonąć całe 5 grubych tomów.

Najbardziej aromatyczne wspomnienie z dzieciństwa?

Pamiętam bardzo dobrze zapach spalonego mleka ze szkolnej stołówki. Wszyscy pili i wszystkim smakowało :D.Innym aromatycznym wspomnieniem z dzieciństwa (in bardzo wielki plus) są kluski na parze z sosem jagodowym mojej mamy, robione przez nią tylko raz w roku podczas wakacji i robione w ilościach hurtowych, bo nigdy nie umieliśmy się nimi najeść. Cudownie było.

Czy jest/była jakaś potrawa lub ciasto, z którym walczysz/walczyłaś, bo bardzo chcesz / chciałaś żeby wyszło idealnie - a nie wychodzi? :))

Nigdy w kuchni nie walczyłam - chyba generalnie mało waleczna jestem ... tak z tego wynika. Jeśli coś mi
się nie udawało odpuszczałam. Chociaż ... moment, moment ... na początku stoczyłam walkę z chlebem i jemu nie odpuściłam. I dobrze, bo zapachu i smaku własnego chleba nie zamieniłabym na żadne inne.

KV by Rybiszon

Jak to było z tym księciem Karolem co Ci się grzecznie ukłonił?

Cofnijmy się kilka lat. Mamaelki jest jeszcze studentką i w przerwie między semestrami pracuje w Londynie w Central Hall (można kliknąć i podejrzeć ... polerowałam te wszystkie poręcze - cudowny relaks po sesji ;) KLIK). Razu pewnego, w dniu, w którym Książę Karol miał spotkać się z Dalajlamą, Mamelki zostaje oddelegowana do pracy w szatni i odbiera dzielnie okrycia wierzchnie od przybyłych na spotkanie gości. W pewnym momencie nadchodzi Książę Karol, zatrzymuje się, mówi Good Morning i idzie dalej. Ot cała historia :).

tattoocookbook

Jak można pisać tak ciekawie i zabawnie, gotować tak dobrze i robić takie znakomite zdjęcia ?

Nie mam pojęcia, trzeba się spytać tych, którzy piszą ciekawie, zabawnie, gotują dobrze i robią znakomite zdjęcia :). Ja piszę w głównej mierze dla dorosłej Elki. Chcę, żeby miała pamiątkę po matce w postaci trochę dziwnej książki kucharskiej.

W pogoni za E

Czy jest jakaś potrawa której nigdy nie chciałabyś spróbować?

Jest i to nawet cała masa. Mam wymieniać? Może lepiej nie, bo lista jest naprawdę bardzo długa - obawiam się, że samo czytanie o niektórych kulinarnych specjałach, mogłoby przyprawić o mdłości, ba ... o torsje ;).

Albo ... taki lajcik zapodam, ... nie zjadłabym na przykład sera Casu marzu. Dlaczego?
Wikipedia zna odpowiedź. Klikasz na własną odpowiedzialność ;). Casu marzu KLIK

Pamiętam z któregoś Twojego wpisu, że lubisz dość ciężką muzykę...a jak Ela na nią reaguje? I czy w ogóle już poznała muzyczny gust mamy? (czy tylko ja tak dziecko indoktrynuję?:)?)

Reaguje nienajlepiej :D, więc nie dręczymy małej. Słuchamy na okrągło (na życzenie Elki) Arki Noego i ... łagodniejemy, jak baranki ;).

Jadzik

Czy zdarzają Ci się jedzeniowe grzeszki?

Grzeszki? Grzechy ciężkie Jadziku :D! Nie ma dla mnie zbawienia ;).

Olga

Ja bym chciała wiedzieć (a to nowina!), jakie pamiętasz książki z dzieciństwa? Może już o tym pisałaś, a ja przegapiłam... Mam nadzieję, że nie! :)

Oprócz Dzieci z Bullerbyn, fantastycznej, ciepłej i jasnej książki, najbardziej zapadły mi w pamięć te smutne i mroczne, przy których każde wrażliwe dziewczę pochlipywało. Pochlipywałam zatem przy "Psie, który jeździł koleją" i przy wszystkich pozytywistycznych (nie mylić z pozytywnymi ;)) nowelkach.

1+Double Mama

Jaka jest twoja ulubiona potrawa bez której nie umiesz żyć ??

Myślę, myśle i okazuje się, że mogłabym żyć bez każdej. (Nudna Mamaelki, nudna.)

Jakie masz trzy składniki w lodówce, z których zawsze coś wyczarujesz??

W lodówce mam zawsze jajka i masło, poza lodówką zawsze jest cebula, a jajecznicę czaruje z nich Tataelki (za dotknięciem drewnianej łyżki).

Bez jakiego urządzenia w kuchni nie wyobrażasz sobie gotowania??

Bez mojego młynka do kawy.

Gdybyś dowiedziała się, że będziesz miała bliźniaki to ...

Byłabym bardzo, bardzo szczęśliwa. Przecież wieeeesz :).

Kto jest twoim natchnieniem-guru kulinarnym?

Natchnąć mnie może każdy, kto piecze i gotuje. Ostatnio natchnęła mnie sąsiadka Katarzyna, mama małego
Jaśka, która przyniosła nam pyszne rogaliki (przyniosła nam, a kto wszystkie zjadł, no kto? No Mamaelki ... nie jestem z tego dumna ;)). Próbowałam się zrehabilitować w oczach Tatyelki, więc upiekłam całą armię rogali - niestety moje nie wyszły takie dobre. (Nie powinnam się przyznawać prawda? No cóż strzelanie w stopę mam opanowane do perfekcji :D.)

To by było na tyle. Teraz zapraszam na babeczki. Jedna będzie do zjedzenia, druga do schrupania ;).

I Ostrzegam, z racji tego, że nasza kuchnia jest lekuchno schizofreniczna, dziś nie będzie na zdrowo.

Babka CzekoEladowa

Składniki

Ela i kawałek czekolady

Przygotowanie

Pozwalamy, by Ela przyjęła poczęstunek od babci i nie ingerujemy, nie ingerujemy ... podglądamy.

Proste? Bardzo proste. Nic się człowiek nie narobi ..., a schrupać może :).








Babka majonezowa

1/2 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki proszku do piecznia
3/4 szklanki cukru
4 jajka
125 ml majonezu (pół winiarowego słoika o pojemności 250 ml)

Przygotowanie

Białka oddzielamy od żółtek

Miksujemy białka na sztywną pianę i dodajemy (nie przerywając miksowania), na zmianę, cukier oraz żółtka. Miksujemy tak długo aż cukier się rozupści, a masa uzyska piękny, jasny, beżowy kolor.

W osobnym naczyniu mieszamy ze sobą dwa rodzaje mąk wraz z proszkiem do pieczenia.

Wymieszane mąki dodajemy do jajecznej masy i całość dokładnie mieszamy.

Na końcu do ciasta dodajemy majonez i ... dokładnie mieszamy :).

Tak przygotowane ciasto przekładamy do formy wysmarowanej tłuszczem i obsypanej bułką tartą.

Babkę pieczemy przez ok. 40 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni.



Żeby zagłuszyć sumienie jemy malutki kawałeczek ;)


niedziela, 29 kwietnia 2012

Amaretti rustici oraz ... 50 pytań do ..., czyli blogerki pytają Mamęelki

Jeśli będą chciały - do niczego zmuszać nie będę (blogerzy (Zaglądają tu tacy? ;)), a także ci nie wkręceni w blogowanie, też mogą zadać pytanie, albo dwa :).

Ale o co chodzi?

Od jakiegoś czasu po blogach krąży wirus zabawowy i zaraża po kolei. Zaraził i mnie. Można się oczywiście przed nim obronić, ignorując go lub grzecznie mu dziękując. Ja blogową zarazę wpuściłam :D (mam nadzieję, że żadnych szkód nie narobi ;)).

Jak postępować w wypadku zarażenia?

Niezwłocznie należy:

- wkleić u siebie wirusowe logo,



- napisać kto nas zaraził (Kobieto po drugiej stronie lustra czuję się nadzwyczaj dobrze ;).)

- zarazić kolejnych blogerów (Ja spróbuję zainfekować aidenn. Aidenn kicham w twoją stronę ;).).

- odpowiedzieć na pytania zadane pod tym wpisem.

Pytajcie, jeśli chcecie. Na wszystkie pytania odpowiem w następnym poście. Tymczasem oddaję wam kolejny przepis i zmykam, bo majowy spacEelek czeka :)!





Amaretti rustici
Przepis pochodzi z książki "Prosto i presto" Anny Lucci.

2 szklanki mielonych migdałów
1/2 szklanki cukru
1 białko jajka
starta skórka cytryny
1 łyżka tartej bułki

Przygotowanie

Migdały mielimy.

Białko ubijamy na sztywno.

Wszystkie suche składniki mieszamy i łączymy z ubitym białkiem.

W rękach kulamy kuleczki wielkości orzecha włoskiego (lub większe), następnie przekładamy ciasteczka na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Ciasteczka pieczemy około 20 minut (radzę piec ciut krócej) w piecu rozgrzanym do 190 stopni.

Proste? Proste! I naprawdę pyszne!






niedziela, 22 kwietnia 2012

Nori w cieście naleśnikowym w wydaniu Elkowym oraz ... Dzieć nam się burzy

Dziś będzie krótko o burzy, będą też zdjęcia z pierwszego razu Elki w kałuży i o jedzeniu prosto z wody też będzie. Taki wpis wodny wam oddaję ... glony, burza i kałuża (w troche innej kolejności, ale za to z rymem ;)).

Chmurzy się Elka i nam się burzy - średnio kilkanaście razy w ciągu dnia. (AAA!!!) Najpierw się burzy, następnie upada (to się wydaje całkiem logiczne :D). Burzy się zatem Elka, spektakularnie ląduje na panelach, chodnikach,  trawnikach, dywanach tudzież kafelkach i się dziewczyna łzami zalewa.
Chmury, burza i ulewa, ... Mamieelki się też momentami ulewa.

Siły teraz potrzebuję w ilościach hurtowych do rozganiania tych chmur Elkowych.


Do wszystkich ojców oraz matkuf niespełna dwulatków, którzy wdepnęli razem ze swymi pociechami w okres burzy i naporu, i których to błotko wciągnęło, i którzy czują, że toną, ... kieruję słowa otuchy -
będzie dobrze,  przebrniemy przez to, ... nieduża jest ta kałuża (na nic więcej  mnie nie stać ;)).







W pocieszaniu jestem taka sobie - w gotowaniu też, mimo to zapraszam  was do stołu na glony w cieście naleśnikowym w wydaniu Elkowym.

Nori w cieście naleśnikowym

Ciasto naleśnikowe (chyba każdy wie, jak się je robi, jeśli nie, Elka za chwilę przypomni)
Arkusz nori (lub więcej) pocięty nożyczkami na małe prostokąty



Mleko wlewamy do miski lub pojemnika - można pomieszać, jeśli się bardzo chce (Elki głowa na pewno gdzieś tam jest ;)). 




Do mleka dosypujemy mąkę.




Mleko i mąkę mieszamy do uzyskania gładkiej konsystencji (trochę bardziej gładkiej niż ta u Eli ;)).



Do mleka i mąki dodajemy jajko, olej i trochę soli.




I mieszamy oczywiście - mieszanie wydaje się tu być najważniejsze (przynajmniej dla Eli :D).



Pocięte w prostokąty nori zanurzamy w cieście naleśnikowym, smażymy z obu stron na patelni i serwujemy swemu prywatnemu dzieciowi. (Nasza Elka jadła z Ketchupem - jak prawie wszystko ostatnio ;).)




Smacznego!



 





czwartek, 12 kwietnia 2012

Jak dbać o zakwas chlebowy, by był silny i zdrowy oraz ... O pierwszej w życiu Elkowej pisance (awangardowej)

W małej Elżbietce K. obudziła się chyba artystka - do takich wniosków doszła Mamaelki, obracając w swych matczynych dłoniach, delikatnie i z należytym namaszczeniem, obiekt niewielki - poświęcone kurze jajo, na powierzchni którego widniały, naniesione przez jej córkę Elżulkę, pastelowe kreski w kolorach: żółtym czerwonym i niebieskim.
W trakcie kontemplacji sztuki (jaja) Mamaelki snuła sobie w głowie przypuszczenia związane z tym artystycznym przebudzeniem. A przypuszczenia były dwa.
Przypuszczenie pierwsze szeptało do matuchny ucha, że  świeżo obudzona artystka jest jeszcze bardzo mocno zaspana, co by dokładnie wyjaśniało kreski stawiane jakby przypadkowo i nieśmiało. Drugie przypuszczenie szeptało coś zupełnie przeciwnego - według niego artystka jest w pełni świadoma dokonanego aktu twórczego, a pisanka, doskonale się wpisuje w nurt ekspresjonizmu abstrakcyjnego, założeniem którego jest tworzenie przypadkowe, odruchowe, spontaniczne i automatyczne.


Mówią, że nie samym chlebem człowiek żyje, dlatego nakarmiłam was sztuką (jaja) ;). A teraz uduchowieni przejdziemy do (bardziej przyziemnego) tematu - żytniego zakwasu chlebowego.


Jak dbać o zakwas chlebowy, by był silny i zdrowy

Zakwas - te (wydawałoby się marniutkie) 100 g, które nam zostało po pierwszym pieczeniu chleba, przekładamy do słoika (najlepiej większego niż mniejszego). Słoik będzie dla naszego zakwasu miejscem najbardziej odpowiednim. Jeśli to będzie słoik około półlitrowy będzie mu się wygodnie odpoczywało do czasu, gdy po kilku dniach znowu zapragniemy upiec przy jego pomocy kolejny chleb.


Teraz, gdy zakwas przenieśliśmy do słoika, zakręcamy słoik i wkładamy go do lodówki, by zapewnić naszemu skwaszonemu maleństwu komfortowe warunki wypoczynkowe. W chłodnym klimacie nasz zaczyn na chleb nie będzie wołał, że jest głodny przez kolejnych siedem dni. (Starszy zakwas - np. mój dwulatek potrafi bez jedzenia wytrzymać 2 - 3 tygodnie, ale radzę, żeby na takie próby nie wystawiać swojego kilkudniowego maleństwa.)

Po upływie kilku dni (na dzień przed planowanym pieczeniem), gdy nam zamarzy się chleb, a naszemu zakwasowi papu, wyciągamy (najlepiej z samego rana) zmarznięte maleństwo z lodówki i dajemy mu jakąś godzinę na dojście do siebie - niech się zakwas spokojnie wybudzi.


Następnie przekładamy go ze słoika do pojemnej miski i karmimy głodnego mąką i wodą (to lubi najbardziej). 250 g mąki i około tyle samo letniej wody to porcja w sam raz dla naszego malucha. Całość dokładnie mieszamy.

Tak dokarmiony zakwas zostawiamy na 24 godziny pod folią spożywczą lub czepkiem kąpielowym (:D), by urósł na tyle, żeby można było z niego upiec chleb. (Z czasem, gdy zakwas dzięki systematycznym wypiekom chleba, stanie się silniejszy, możemy czas oczekiwania na jego wyrośnięcie skrócić do 12 godzin. Mój zakwas, po kilku udanych wypiekach, zaczęłam wyciągać z lodówki i dokarmiać wieczorem, a rankiem przechodziłam do wyrabiania ciasta).

W dniu pieczenia chleba ponownie przekładamy 100 g zakwasu do słoika i już silniejsze chowamy do lodówki. (Gdy zakwas będzie silniejszy, można odłożyć sobie więcej zakwasu, żeby móc się nim podzielić :).)

Z pozostałą w misce większą częścią zakwasu, postępujemy tak, jak w przypadku pierwszego chleba, czyli - dodajemy 1/2 kg mąki  płaską łyżkę soli i ok. szklankę letniej wody :). (Mąki możemy dodawać różne różniaste :).)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Kilka wskazówek na temat pieczenia pierwszego żytniego chlebka "bebka" (jak mawia córka Elżulka) oraz ... O muszce i dziewuszce

Najpierw muszę o musze - potem mogę o chlebie :).

Przyfrunęła pewna maleńka do okienka. Przycupnęła. Skrzydłem nieśmiało machnęła  raz, drugi


... i ...

swą obecnością sprawiła, że się dziewuszka wystraszyła. Ale tak się WYS - TRA - SZY - ŁA, że rodzicielka zaczęła podejrzewać u Elka fobię  na owady. Zatem, by Elkowy stan lękowy się nie pogłębiał i by po każdym spotkaniu dziewuszki z mumami (czyt. z muchami) Mamaelki nie była zmuszona mierzyć się z baaaardzo głośnymi objawami lęku u córki  -  Mamaelki zdecydowała, że zacznie oswajać dziewuszkę z owadami ... ilustracjami. Pomyślała sobie, ... że skoro na nią samą ilustracje Emilii Dziubak (klik) działają tak bardzo kojąco, to może na córę też podziałają ... uspokajająco ;). Jak Mamaelki wymyśliła, tak zrobiła. Posadziła zatem Elkę na kolanach i zaczęła oswajanie przez:

much oglądanie,


delikatne głaskanie (wsadzanie palca w oko zaliczamy do głaskania ;))




oraz przytulanie.

Oswajanie przez czytanie Mamaelki sobie odpuściła, bo do pięknej, ale trudnej treści książeczki rozum Eleczki jeszcze nie dorósł. Kiedy już dorośnie, będziemy Elce czytać bajkę o muszce Jętce - bohaterce "W pogoni za życiem" a ... wtedy wielka już Elka pewnie zacznie zadawać bardzo trudne pytania odnośnie życia i umierania. 

Teraz tylko oglądamy, muchy oswajamy i ...

zajadamy się chlebem.

Chleb żytni na miodzie

1/2 kg zakwasu
1/2 kg mąki żytniej (typ 720)
ok. 1 szklanka wody
1 płaska łyżka soli
1 łyżka miodu

Przygotowanie

pięciodniowym zakwasie (klik) namnożyło się już tyle drożdży, że ich ilość spokojnie wystarczy do udźwignięcia ciasta bez dodatkowych spulchniaczy, dlatego możemy go spokojnie użyć do wypieku pierwszego chleba. W tym celu 500 g wyhodowanego zakwasu przekładamy do dużej miski, a pozostałe 100 g przekładamy do słoika. (Niech słoik będzie większy niż mniejszy, bo zakwas, nim uśnie w lodówce, będzie rósł i ze słoika będzie próbował wyjść.) Te 100 g zdeponowane w lodówce przyda się przy następnym pieczeniu chleba!

Wszystkie składniki ze sobą łączymy



i dokładnie wyrabiamy ciasto ... (z sercem, koniecznie z sercem :)). Nie zniechęcamy się tym, że ciasto będzie się do nas baaardzo lepiło.



Wyrobione ciasto odstawiamy na 20 minut do nagrzanego (do 40 stopni) piekarnika. Jeśli w piekarniku mamy funkcję wyrastania ciasta możemy z niej skorzystać.

Po upływie 20 minut wyrabiamy ciasto raz jeszcze. (Przy kolejnych pieczeniach, kiedy zakwas będzie silniejszy, nie trzeba będzie dodatkowo wyrabiać ciasta.)

Następnie przekładamy ciasto zwilżonymi dłońmi do formy (ok. 1/2 wysokości), wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia. (Najczęściej chleb piekę w podłużnej formie keksowej.)
Ciasto wygładzamy zwilżonymi dłońmi.


Chleb pozostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na 5 godzin. (Nasłoneczniony parapet będzie dobrym miejscem dla rosnącego chleba. Czasem chleb potrzebuje nawet 7 godzin, żeby sobie spokojnie wyrosnąć.)

W trakcie wyrastania chleba możemy zwilżać go wodą, by skórka po upieczeniu nie była zbyt twarda. (Nam twarda nie przeszkadza :). 

Po upływie ok. 5 godzin, gdy chleb podwoi swoją objętość, nagrzewamy piekarnik do 200 stopni, zwilżamy chleb wodą i pieczemy go przez około 70 minut. (Chleb piekę na środkowej szynie przy włączonej górnej oraz dolnej grzałce, bez termoobiegu. )

Po upływie ok. 70 minut (każdy piekarnik jest inny, więc trudno podać dokładny czas) wyjmujemy chleb z piekarnika  i smarujemy go wodą, by nadać mu połysk. (Chleb po posmarowaniu wodą nieco ściemnieje :)). Następnie wyjmujemy go z formy, odklejamy od niego papier i pozostawiamy do ostygnięcia (koniecznie na ruszcie, by z każdej strony był dopływ powietrza, tak by chleb mógł odparować).

Smacznego! Udanych wypieków!




czwartek, 29 marca 2012

Przepis na własną hodowlę dzikich drożdży i bakterii, czyli na zakwas żytni chlebowy

(W dzisiejszym wpisie będzie się roiło od maleńkich żyjątek - dzikich drożdży i bakterii, ale bez histerii Mamaelki nie zwariowała, mimo że za kilka linijek będzie was namawiała do tego, żebyście się zdecydowali, we własnym domu, stworzyć dla owych żyjątek ciepły i przytulny kąt (miało być kątek, ale się powstrzymałam ... co za dużo, to nie zdrowo  ;)).

Po co mielibyście zdecydować się na zaproszenie dzikich pod swój dach?

Po to, żeby już po sześciu dniach od założenia hodowli zajadać się tym, co pokazuje Ela.


Wygląda kusząco cooo?

Żeby jednak smak ciepłego chleba, pokrytego warstwą rozpływającego się na nim masła, mógł wypieścić wasze podniebienia oraz każdy wasz kubek smakowy z osobna, musicie najpierw stać się właścicielami ... hodowli dzikich drożdży i bakterii właśnie :).

Można (ewentualnie) pójść na łatwiznę i  na przykład:

złożyć wizytę Mamieelki (najlepiej w sobotę w okolicach godziny 17. - wtedy zazwyczaj Mamaelki wyciąga gorące bochenki z piekarnika) ;

uśmiechnąć się do Mamayelki najpiękniej jak się potrafi i poprosić pięknie, by podzieliła się z wami swoimi dzikimi drożdżami i bakteriami (poprosić trzeba na kolanach ;), bo Mamaelki ma do nich (do dzikich drożdży i bakterii - nie do kolan) stosunek prawie miłosny. (Nic dziwnego, skoro od dwóch lat Mamaelki hoduje te mikroskopijne żyjątka, karmi je i dogląda. I powiadam wam serce boli, gdy ktoś, komu się podaruje żyjątka wyrzuci je do kosza :(.)

Jeśli jednak do kuchni Mamyelki zupełnie wam nie po drodze lub chcecie stworzyć swoje własne dzikie kultury bez niczyjej łaski, to ten przepis jest dla was.

Zakładajcie hodowle! Niech żyjątka się rozmnażają, a potem dają wam zdrowy chleb - bez polepszaczy, sztucznych spulchniaczy i E, które są ble!

Zakwas żytni chlebowy

odrobina cierpliwości
trochę czasu
mąki żytniej (typ 720)
i letniej wody

Przygotowanie

W pojemnym naczyniu (np. plastikowej dużej misce) mieszamy na jednolitą masę około 50 g mąki ( około 5 stołowych łyżek) i tyle samo letniej wody.

Po wymieszaniu przykrywamy miskę folią spożywczą (my przykrywaliśmy czepkiem kąpielowym :)), żeby drożdżom i pożytecznym bakteriom było cieplutko. Następnie dajemy im odrobinę prywatności (niech się bez stresu rozmnażają) i odstawiamy je w przytulny kątek na 24 godziny.

Po upływie 24 godzin zaglądamy do naszych żyjątek - na pewno będą głodne, więc będziemy musieli je nakarmić, aby mogły dalej się rozmnażać, pracować i żeby w niedalekiej przyszłości dały nam chleb. 
W tym celu dosypujemy do naszej hodowli kolejną porcję mąki (ok. 50 g) i tyle samo letniej wody. Po nakarmieniu naszych maleństw wprowadzamy do nich na chwilę łyżkę i robimy odrobinę zamieszania. Następnie ponownie dajemy im spokój na 24 godziny.

Te same czynności powtarzamy przez kolejne 4 dni.

Stworzenie własnego zakwasu trwa w sumie pięć dni. Po pięciu dniach będziecie go mieć na tyle, że wystarczy go na upieczenie pierwszego chleba oraz odłożenie części do słoiczka, by po  jakimś czasie móc upiec kolejny bochenek i kolejny, i kolejny ... :)

Dziś nie jemy, więc nie mówię smacznego. Smacznego powiem za kilka dni, gdy podzielę się z wami przepisem na chleb :).

Tak wygląda hodowla dwuletnia - na oko niewiele się różni od kilkudniowej (zakwas jest jednak silniejszy, dzięki temu chleb rośnie większy i rośnie szybciej).



A na deserek hodowany z jeszcze większą miłością prawie dwuletni Elek z pajdą upieczonego specjalnie dla Elka chleba.

środa, 14 marca 2012

Przepis na zupę z soczewicy dla ledwie od ziemi odrosłych i dorosłych też oraz ... O tym, co kopnęło rodzicielkę Elki

Kilka dni temu zaszczyt wielki kopnął Mamęelki (nie, nie bolało - nawet się spodobało;)). Zaszczytnego kopniaka dostała rodzicielka od samej Królowej Matki, którą podczytuje nałogowo od dłuższego już czasu.
(Jeśli przez kilka dni Mamaelki nie wstępuje do Królowej po kolejną dawkę jej tekstów, to Mamaelki zaczyna odczuwać silny głód - głód poczytania Matki (stąd wniosek, że jest od jej bloga uzależniona)).

Królowa Matka wytypowała Mamęelki do zabawy w "publiczne samowypatroszenie" (ten potworek językowy powstał, żeby było kuchennie, wszak to też blog parakulinarny jest ;)). A że Mamaelki nie miała sumienia odmówić (Królowej przecież nie wypada ;)), postanowiła, że wybebeszy się po raz drugi (pierwszy raz uzewnętrzniała się Mamaelki o tu: klik).

Tym razem jednak, ja rodziciElka, postanowiłam, że zdradzę kilka grzechów, które popełniłam względem córki Elżulki. Dwa z nich to grzechy kuchenne (co by pozostać w sferze kulinarnej), a trzeci ... a trzeci przeżywam, tak mocno, że muszę go z siebie wyrzucić (coś mi mówi, że po tym jak mnie kopnięto, strzelę sobie w stopę, wyznając poniższe przewinienia ... trudno).

Zgrzeszyłam Królowo Matko przeciw podniebieniu swojego dziecka, pozwalając córce skosztować (kilkakrotnie już) czekolady. Nie powinnam była, a jednak pozwoliłam. Zakładałam, że przez jakiś czas słodyczami Elki będą tylko suszone śliwki, daktyle, figi, jabłka i morelki. Stało się, jak się stało - do suszonych słodkości doszła czekolada i ... nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (nie proszę o rozgrzeszenie).

Zgrzeszyłam przeciw przewodowi pokarmowemu Elki, dając jej do zjedzenia kilkakrotnie serdelki. Wiem, że mnie nie usprawiedliwia ich wysoka cena (34 zł za kg) i 95 % mięsa (w tym 50 % cielęcego) zawartego w tychże parówkach, bo zostaje ciągle tajemnicze 5%, które do przewodu pokarmowego mojego dziecka (jakie ono było wtedy szczęśliwe :D) się dostało .... za moim przyzwoleniem, powodowanym leniem.

Zgrzeszyłam przeciw słuchowi Elżbiety, uginając się pod jej prośbami (które niewysłuchane przechodzą najpierw w jęki, stęki, następnie w nerwowe załamanie i spazmatyczne łkanie) i puściłam jej (chyba już kilkadziesiąt razy) pieśń pt. Gumi Miś. Tego czynu, popełnionego pierwszym razem zupełnie nieświadomie , bo zielony miś w jutubowym okienku wyglądał zupełnie normalnie, żałuję chyba najbardziej. Miś jest perwersyjny - trzęsie przed widzem żelowymi pośladkami i łapie się za misiowe krocze (WTF?).

I to by było na tyle Królowo Matko. Pamiętam oczywiście wiele więcej grzechów, ale po kopnięciu  i postrzale jestem wystarczająco poturbowana.

Teraz wypadałoby się posilić pyszną zupą z soczewicy, ale nim oddam w wasze ręce przepis, pozwolę sobie zaprosić do zabawy dwie blogowe świeżynki:

oraz


Pomęczcie się trochę ;).

Oto zasady:

1. Umieścić linka do bloga osoby, od której otrzymało się nominację.
2. Wkleić logo na swoim blogu.
3. Napisać 7 cnót, grzechów lub faktów o sobie.

PS. Aniesko pamiętam i popełnię post serialowy.


Zupa z soczewicy

Pyszna była! Została przetestowana na pięciu żywych organizmach (w tym trzech mocno nieletnich) i przeszła testy więcej niż pozytywnie.

1 i 1/2 l wody
1 szklanka czerwonej soczewicy
gruby plaster selera
kawałek pora
1 pietruszka
4 marchewki
1 słusznej wielkości ziemniak
3 duże cebule
50 g masła
sok z połowy cytryny
1 (płaściuteńka) łyżka soli (może być mniej)
pieprz do smaku

Przygotowanie

Na wrzącą wodę  wrzucamy seler, pietruszkę, marchewki, przekrojonego na pół ziemniaka i opłukaną soczewicę. Całość gotujemy około 35 minut aż warzywa zmiękną.

W międzyczasie na niewielkim ogniu dusimy na maśle przez około 10 minut posiekaną drobno cebulę (uważamy, żeby cebuli nie przyrumienić).

Z zupy pozbywamy się selera, pietruszki i pora.

Do zupy dodajemy uduszoną cebulę i sok z połówki cytryny, następnie całość miksujemy.

Smacznego!












piątek, 9 marca 2012

"Śliwowica", czyli kolejny przepis z cyklu Elka gotuje i ... nikt się nie częstuje

Spokojnie, spokojnie - "śliwowica" jest bezprocentowa (to tylko śliwki i woda), więc o Elkę martwić się nie trzeba.  Wprawdzie jej stan, po spożyciu trunku, mógłby wskazywać na to, że dziecko dorasta w rodzinie patologicznej, ale ... nic bardziej mylnego (;)),  do niczego złego nie doszło. Ot dziewczyna nieźle namieszała, a Mamaelki  to udokumentowała.


'Śliwowica" według Elki

1/3 szklanki czystej (wody)
przecier ze śliwek dla dzieci (najlepszy byłby ze starannie wyselekcjonowanych łąckich węgierek ;))
zagryzka

Przygotowanie


Przecier śliwkowy przekładamy z plastikowego pojemniczka do szklanki z wodą
(przynajmniej się staramy).


 
Dokładnie mieszamy,


najlepiej widelcem.



Tak przygotowaną "śliwowicę" przelewamy, w celach degustacyjnych do pojemniczka po przecierze.



Następnie oddajemy się degustacji, przymykając oczy, by poczuć pełnię smaku.
(Proces degustacji można powtarzać do znudzenia lub do zakończenia napitku ;).)



Na końcu szukamy jelenia, który się nami zajmie.
(Dlaczego tym jeleniem muszę być zawsze ja ;)?)