środa, 14 marca 2012

Przepis na zupę z soczewicy dla ledwie od ziemi odrosłych i dorosłych też oraz ... O tym, co kopnęło rodzicielkę Elki

Kilka dni temu zaszczyt wielki kopnął Mamęelki (nie, nie bolało - nawet się spodobało;)). Zaszczytnego kopniaka dostała rodzicielka od samej Królowej Matki, którą podczytuje nałogowo od dłuższego już czasu.
(Jeśli przez kilka dni Mamaelki nie wstępuje do Królowej po kolejną dawkę jej tekstów, to Mamaelki zaczyna odczuwać silny głód - głód poczytania Matki (stąd wniosek, że jest od jej bloga uzależniona)).

Królowa Matka wytypowała Mamęelki do zabawy w "publiczne samowypatroszenie" (ten potworek językowy powstał, żeby było kuchennie, wszak to też blog parakulinarny jest ;)). A że Mamaelki nie miała sumienia odmówić (Królowej przecież nie wypada ;)), postanowiła, że wybebeszy się po raz drugi (pierwszy raz uzewnętrzniała się Mamaelki o tu: klik).

Tym razem jednak, ja rodziciElka, postanowiłam, że zdradzę kilka grzechów, które popełniłam względem córki Elżulki. Dwa z nich to grzechy kuchenne (co by pozostać w sferze kulinarnej), a trzeci ... a trzeci przeżywam, tak mocno, że muszę go z siebie wyrzucić (coś mi mówi, że po tym jak mnie kopnięto, strzelę sobie w stopę, wyznając poniższe przewinienia ... trudno).

Zgrzeszyłam Królowo Matko przeciw podniebieniu swojego dziecka, pozwalając córce skosztować (kilkakrotnie już) czekolady. Nie powinnam była, a jednak pozwoliłam. Zakładałam, że przez jakiś czas słodyczami Elki będą tylko suszone śliwki, daktyle, figi, jabłka i morelki. Stało się, jak się stało - do suszonych słodkości doszła czekolada i ... nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (nie proszę o rozgrzeszenie).

Zgrzeszyłam przeciw przewodowi pokarmowemu Elki, dając jej do zjedzenia kilkakrotnie serdelki. Wiem, że mnie nie usprawiedliwia ich wysoka cena (34 zł za kg) i 95 % mięsa (w tym 50 % cielęcego) zawartego w tychże parówkach, bo zostaje ciągle tajemnicze 5%, które do przewodu pokarmowego mojego dziecka (jakie ono było wtedy szczęśliwe :D) się dostało .... za moim przyzwoleniem, powodowanym leniem.

Zgrzeszyłam przeciw słuchowi Elżbiety, uginając się pod jej prośbami (które niewysłuchane przechodzą najpierw w jęki, stęki, następnie w nerwowe załamanie i spazmatyczne łkanie) i puściłam jej (chyba już kilkadziesiąt razy) pieśń pt. Gumi Miś. Tego czynu, popełnionego pierwszym razem zupełnie nieświadomie , bo zielony miś w jutubowym okienku wyglądał zupełnie normalnie, żałuję chyba najbardziej. Miś jest perwersyjny - trzęsie przed widzem żelowymi pośladkami i łapie się za misiowe krocze (WTF?).

I to by było na tyle Królowo Matko. Pamiętam oczywiście wiele więcej grzechów, ale po kopnięciu  i postrzale jestem wystarczająco poturbowana.

Teraz wypadałoby się posilić pyszną zupą z soczewicy, ale nim oddam w wasze ręce przepis, pozwolę sobie zaprosić do zabawy dwie blogowe świeżynki:

oraz


Pomęczcie się trochę ;).

Oto zasady:

1. Umieścić linka do bloga osoby, od której otrzymało się nominację.
2. Wkleić logo na swoim blogu.
3. Napisać 7 cnót, grzechów lub faktów o sobie.

PS. Aniesko pamiętam i popełnię post serialowy.


Zupa z soczewicy

Pyszna była! Została przetestowana na pięciu żywych organizmach (w tym trzech mocno nieletnich) i przeszła testy więcej niż pozytywnie.

1 i 1/2 l wody
1 szklanka czerwonej soczewicy
gruby plaster selera
kawałek pora
1 pietruszka
4 marchewki
1 słusznej wielkości ziemniak
3 duże cebule
50 g masła
sok z połowy cytryny
1 (płaściuteńka) łyżka soli (może być mniej)
pieprz do smaku

Przygotowanie

Na wrzącą wodę  wrzucamy seler, pietruszkę, marchewki, przekrojonego na pół ziemniaka i opłukaną soczewicę. Całość gotujemy około 35 minut aż warzywa zmiękną.

W międzyczasie na niewielkim ogniu dusimy na maśle przez około 10 minut posiekaną drobno cebulę (uważamy, żeby cebuli nie przyrumienić).

Z zupy pozbywamy się selera, pietruszki i pora.

Do zupy dodajemy uduszoną cebulę i sok z połówki cytryny, następnie całość miksujemy.

Smacznego!












piątek, 9 marca 2012

"Śliwowica", czyli kolejny przepis z cyklu Elka gotuje i ... nikt się nie częstuje

Spokojnie, spokojnie - "śliwowica" jest bezprocentowa (to tylko śliwki i woda), więc o Elkę martwić się nie trzeba.  Wprawdzie jej stan, po spożyciu trunku, mógłby wskazywać na to, że dziecko dorasta w rodzinie patologicznej, ale ... nic bardziej mylnego (;)),  do niczego złego nie doszło. Ot dziewczyna nieźle namieszała, a Mamaelki  to udokumentowała.


'Śliwowica" według Elki

1/3 szklanki czystej (wody)
przecier ze śliwek dla dzieci (najlepszy byłby ze starannie wyselekcjonowanych łąckich węgierek ;))
zagryzka

Przygotowanie


Przecier śliwkowy przekładamy z plastikowego pojemniczka do szklanki z wodą
(przynajmniej się staramy).


 
Dokładnie mieszamy,


najlepiej widelcem.



Tak przygotowaną "śliwowicę" przelewamy, w celach degustacyjnych do pojemniczka po przecierze.



Następnie oddajemy się degustacji, przymykając oczy, by poczuć pełnię smaku.
(Proces degustacji można powtarzać do znudzenia lub do zakończenia napitku ;).)



Na końcu szukamy jelenia, który się nami zajmie.
(Dlaczego tym jeleniem muszę być zawsze ja ;)?)








środa, 29 lutego 2012

Torcik marchewkowy przekładany masą serowo-czekoladową oraz ... Niepubliczna toaleta publiczna

Nim Mamaelki, przy pomocy popełnionego przez nią torcika marchewkowego, przekładanego masą serowo-czekoladową,  zacznie znęcać się po części psychicznie, po części gastrologicznie nad odwiedzającymi jej kuchnię,  pozwoli sobie najpierw gości grono (przesympatyczne) uraczyć krótką opowieścią . (Żeby wazeliną nie zalatywało - przesympatyczne gości grono uważam za lekuchno masochistyczne. No bo kto? Pytam. Kto z własnej i nieprzymuszonej woli zagląda do kuchni Mamyelki, która za każdym razem tylko blefuje, że częstuje?)

Dziś będzie to opowieść z gatunku "okołorzyciowych".  (Nie ma to jak poczytać o nocniku Elcika przy oglądaniu torcika, którego nie da się skosztować.)

Nie tak znowu dawno temu, za drzwiami karmElkowej łazienki, znalazł się któregoś dnia nowiuteńki sprzęt toaletowy - zielony nocnik plastikowy. Toaleta z założenia miała być niepubliczna, bo przeznaczona tylko dla jednego kuperka - rzyci Elka. Tak było i jest - faktycznie, ale ... tylko teoretycznie, bo  praktycznie, z racji tego, że jest przenośna, toaleta niepubliczna stała się publiczna i to bardzo. Dzięki przenośnej funkcji nocnika, z której Elka namiętnie korzysta, Elka może uskuteczniać - symultanicznie - załatwianie swoich potrzeb, oglądanie świata i machanie do sąsiadów.
(Z pozdrowieniami dla sąsiadów z bloku obok - Hani i Andrzeja :)).



To jak ... częstujecie się? ;) 



Torcik marchewkowy przekładany masą serowo-czekoladową
(przepis - zmodyfikowany - pochodzi z książki Jacqueline Bellefontaine pt. Czekolada)



składniki na ciasto


5 jajek

1/2 szklanki cukru
1 szklanka mąki pszennej
5 łyżek kakao
1 i 1/2 szklanki startej na drobnych oczkach marchwi
2 łyżeczki oleju
1 łyżeczka sody oczyszczonej

składniki na masę

450 g mielonego sera (u nas "mój ulubiony")
1/3 szklanki cukru pudru
2 mleczne czekolady

Przygotowanie ciasta

Okrągłą formę o średnicy 20 cm wykładamy papierem do pieczenia.

W misce nad rondlem z wrzącą wodą ubijamy jajka z cukrem na gęstą, jasną masę. Masa będzie dostatecznie gęsta, gdy wyjęta z niej łopatka miksera pozostawi ślad.

Zdejmujemy miskę z rondla. Przesiewamy mąkę, sodę, kakao i mieszamy z jajeczną masą.

Do masy dosypujemy marchew, olej i ponownie delikatnie mieszamy.

Ciasto przekładamy do formy i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do temperatury do 190 stopni przez 45 minut.

Przygotowanie masy

Ser (w temperaturze pokojowej) i cukier ucieramy mikserem na gładką masę.

Następnie dolewamy do niej roztopione czekolady.

Całość mieszamy.

Ciasto kroimy na pół i przekładamy je połową masy.

Resztą masy smarujemy wierzch ciasta.

Schładzamy lub podajemy natychmiast.